- nie wychodź w góry bez mapy!
Po raz kolejny zostałem zszokowany niefrasobliwością niektórych „turystów”. Ostatnio przemierzając grań Rohaczy w Tatrach Zachodnich (Słowacja) ujrzałem dość sprawnie pokonującego łańcuchy, zmierzającego z naprzeciwka turystę-sportowca. Wysoki, szczupły, lekko po 40-tce. Widać chłop wyszedł w Tatry „sobie pobiegać”. Ale, czy wybrał dobrą trasę, myślę sobie? Wiadomo, że grań Rohaczy do łatwych nie należy, przecież nie bez powodu nazywana jest Orlą Percią Tatr Zachodnich. Pan zbliżając się do mnie już z daleka pyta: jak nazywa się ten szczyt przede mną (czyli ten za mną), czy to szlak do Doliny Chochołowskiej? Ależ byłem zaskoczony. Byliśmy w połowie drogi między przełęczami: Banikowską i Smutną – patrz mapa 1 niżej (na czerwono zaplanowana przez tego pana trasa, na niebiesko realnie przebyta). Chłop wyruszył spod schr. na Chochołowskiej i zamierzał zrobić pętlę przez Grzesia, Wołowiec, Wierchy Jarząbczy i Starobociański, i wrócić do Chochołowskiej. Na Wołowcu pomylił kierunki i udał się na Słowację. Zmierzał przez 3 godz. w złym kierunku, na zachód zamiast na wschód. Ależ był zdziwiony, jak mu wskazałem miejsce na mapie. Na moje wyartykułowane podejrzenie, że pewnie nie ma mapy, beztrosko odpowiedział, że nie ma. I nie był w ogóle „zawstydzony”. Zrobił w tył zwrot i ruszył z powrotem. Była godz. 16:30, na szczęście jest środek lata i długi dzień, zapewne więc bez problemu wrócił do schroniska. Ale co mogło się stać, gdyby to było jesienią? Jak człowiek mógł nie skojarzyć, że coś jest nie tak, skoro nie widzi polskich oznaczeń, tylko słowackie? Że słońce świeci z innego kierunku? Nie pojmuję.

Przypadek 2.
Był koniec października, ale akurat tego dnia piękna, słoneczna pogoda. Aż kusiło, aby wybrać się na górską wycieczkę. I tak też zrobiła młoda dziewczyna, jak się okazało studentka ostatniego roku. Przyjechała na weekend do rodziców i postanowiła się wybrać rowerem, na widoczną z okna rodzinnego domu Przehybę. Wygooglała trasę dojazdu, zapamiętała, że za kościołem trzeba skręcić w lewo i ruszyła.
Ja zmierzając również na Przehybę postanowiłem końcówkę przejść poza szlakiem, aby na potrzeby weryfikacji mapy sprawdzić rodzaj drogi równoległej do szlaku czerwonego. Jakież było moje zdziwienie, że w środku lasu, z daleka od szlaku, na mój widok rusza w moim kierunku młoda panienka. Obok stał rower -klasyczna miejska damka z pojedynczą przerzutką. Pytam, co ona tu robi i jak dotarła tak wysoko, po stromej, gruntowej, klasycznie górskiej ścieżce? No i opowiedziała mi, jak do tego doszło. Oczywiście mapy nie miała, bo po co, przecież wygooglowa sobie! Na mapie 2 na czerwono pokazałem zaplanowaną trasę, na niebiesko przebytą, i miejsce spotkania. Bidula nie zauważyła pierwszego kościoła, jechała tak długo wzdłuż rzeki aż spotkała następny, i … skręciła w lewo. Zgodnie z zapamiętaną wskazówką.
Robiło się ciemno i coraz zimniej (koniec października), a ona ubrana „na letniaka”, bo przecież był słoneczny dzień. Była głodna i bez picia, bo wycieczka się mocno przedłużyła. Kompletnie nie miała pojęcia, gdzie jest. Pytała się mnie o Przehybę wskazując dokładnie przeciwny kierunek. Jak ona wydostała się tym rowerem na wysokość ponad 1000 m n.p.m. – nie mogę sobie wyobrazić. Zmierzałem w kierunku Przehyby, więc tuptała z tym rowerkiem za mną, po czym już asfaltem, zgodnie z zaplanowaną trasę ruszyła z góry w drogę powrotną do domu.
PS. Nigdy wcześniej i później nikt nie ucieszył się na mój widok jak ta dziewczyna.

I takich przykładów mogę przytoczyć jeszcze kilka. A przecież można ich uniknąć PAMIĘTAJĄC O ZABRANIU MAPY TURYSTYCZNEJ. Jeżeli nie potraficie z niej określić swojego miejsca, to zaopatrzcie się w mapę elektroniczną na telefon. Nawigacja zlokalizuje i wskaże Wasze miejsce. Telefon macie przy sobie, a to wydatek zaledwie kliku złotych. Nie wyjdziecie na gapę, i będziecie czuć się bezpiecznie.
